Wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością Novalis
Mój dom rodzinny i jego historia
Tomasz Ferenc
Schyłek lat dwudziestych. Nad zaburską Kolonią szalała burza. Wywołany piorunem pożar, strawił domostwa z całym dobytkiem kilku chłopskim rodzinom. Ciasna zabudowa sprzyjała spustoszeniu. Jednym z pogorzelców był mój dziadek Tomasz Ferenc. Niektórzy sąsiedzi postanowili założyć nowe siedliska w innych częściach wsi. Dziadek, przez wszystkich zwany ”Ozimkiem” pozostał. Na pogorzelisku powstały nowe budynki gospodarcze, tylko dom mieszkalny zaczął budować nieco dalej, w pobliżu drogi. Zaciągnięty kredyt i ogromny wysiłek całej rodziny pozwoliły zbudować dom jego marzeń – przestronny, trzy izbowy, z dwiema sieniami. Wykonano ozdobne drzwi i przepiękne facjaty. Wiele chałup we wsi miało jeszcze glinianą polepę, najczęściej jedną izbę z małym okienkiem i komorę. Pisząc te wspomnienia nie jestem w stanie podać konkretnych dat, w których wydarzyły się pożary. Będąc dzieckiem często rozmawiałam z moją babką, ciekawiło mnie wszystko. Mówiłam – babciu powiedz, kiedy przyszłaś do Zaburza, skąd i dlaczego? Jak wyglądała wieś ? itd... Otrzymywałam odpowiedź mniej lub bardziej obszerną. Babka zawsze spokojna i cierpliwa, bardzo zmieniała się gdy nadchodziła burza. Poruszała się szybko i nerwowo szukała w skrzyni gromnicy, która musiała być przygotowana by zapalić ją w odpowiednim momencie. Babka wierzyła w jej moc i siłę modlitwy.
Ze wspomnień babki Katarzyny wynikało, że ogień pojawiał się co kilka lat.
Początkiem lat trzydziestych było znowu upalne, burzowe lato. Końcem sierpnia po uderzeniu pioruna, czerwony kur strawił stodołę i ledwo co zwiezione zboże. Spłonęła też obora wraz ze zwierzętami. Dom mieszkalny ocalał. To był trzeci pożar w tej rodzinie.
W czasie pierwszego pożaru, piorun poraził dziadka i córkę Marynię. Dziadek wiedział co się dzieje, ale nie był w stanie, stanąć na nogi. Marynia nie dawała oznak życia. Parobek Socha ratował najpierw gospodarza i z trudem wyciągnął dziadka z płonącego domu. Wkrótce przybiegł sąsiad Furmanek, wyniósł nieprzytomną Marynię i położył na ziemi.
Dziadek miał dwoje dzieci - Marię i Józefa. Jego żona często chorowała i słabła coraz bardziej. Dziećmi zajmowała się służąca Katarzyna.
Kobieta zapewne przeczuwała, że będzie musiała wkrótce odejść i wyraziła życzenie, by po jej śmierci dziadek ożenił się z Katarzyną.
Uważała, że dziadek nie znajdzie lepszej matki dla ich małych dzieci. Dziadek uszanował ostatnią wolę umierającej żony i ożenił się z Katarzyną, która oprócz rąk do pracy i miłości do dzieci nie posiadała nic. I tak Katarzyna bez morgów i posagu została żoną gospodarza, co w tamtych czasach było niezwykłą rzadkością. Katarzyna urodziła dwoje dzieci, moją matkę Janinę i syna Henryka.
(od lewej) Maria Ferenc i Antonina PolakRok 1934?
Maria, która po uderzeniu pioruna wróciła do zdrowia, wyrosła na urodziwą dziewczynę. Miała zgrabną, szczupłą sylwetkę i ciemne kędzierzawe włosy. O jej rękę, starało się kilku chłopców z Zaburza i okolicy. Maria wybrała kawalera z Nowej Wsi, odległej od Zaburza o 9 kilometrów. Była to spora odległość dla pieszego zalotnika, więc po kilku tygodniach kawaler oświadczył się Marii i został przyjęty. Był to mężczyzna wysoki, dobrze zbudowany, przystojny. Na wsi mówiono o nim „wielki chłop”. Ich ślub odbył się w środę, która miała być szczęśliwym dniem dla nowożeńców.
Starosta weselny od gorzałki nie stronił. Przy ołtarzu stał na chwiejnych nogach, gdy nagle od świecy zapalił się bukiet sztucznych kwiatów, które trzymał w dłoni. Pan Młody, usiłował stłumić ogień i wtedy zapalił się stroik na jego piersi. Po chwili kwiaty z bibułki rozsypały się w popiół. Panna Młoda stała blada, bez ruchu. To wydarzenie, wywołało spore poruszenie wśród weselnych gości. Szeptano, że to zła wróżba. Po przyjęciu, młodzi odjechali do Nowej Wsi.
Babka Katarzyna bardzo kochała swoich pasierbów. Zaniepokojona, że Maria ani w pierwszą, ani w drugą niedzielę po ślubie nie przyjechała w odwiedziny, posłała dziadka do Nowej Wsi. Teściowie Marii, niechętnie wprowadzili dziadka do izby gdzie leżała Maria - w gorączce, z ogromnym brzuchem. Wcześniej zdawkowo nadmienili, że Maria jest słaba, ale to nic poważnego, tylko jakieś kobiece dolegliwości. Baby robiły jej gorące okłady na brzuch ale lekarza nie wezwano, choć stan chorej się pogarszał. Dziadek widząc, że z Marią trudno nawiązać kontakt pośpiesznie wrócił do domu. Moja Mama wspominała, że od powrotu z Nowej Wsi dziadek nie odezwał się słowem. Babka Katarzyna płakała czując, że dzieje się coś złego. Dziadek drabiny wozu poprzeplatał sznurem, wóz wymościł słomą i niezwłocznie ruszył do Nowej Wsi po Marię. Przejeżdżając koło domu przystanął by zabrać babkę. W milczeniu, przez wiele godzin wieźli umierającą córkę, do oddalonego o ponad 40 km Biłgoraja. Lekarz zobaczywszy Marię krzyczał – gdzie byliście do tej pory? Teraz trupa mi przywozicie... Maria zmarła po kilku godzinach. Miała rozległe urazy dróg rodnych. Ciemnota i zacofanie sprawiły, że odeszła tak młodo, zaledwie kilkanaście dni po ślubie. Podobno upłynęło wiele lat od jej śmierci, dopiero wtedy, wdowiec ożenił się ponownie.
Przy nowym domu, który zaczęto budować po drugim pożarze, trwały jeszcze prace wykończeniowe. Ferencowie nie byli w stanie spłacać odsetek, a dług narastał. Sytuacja w kraju była niezwykle trudna. Pogłębiający się kryzys gospodarczy, dotknął najbardziej wieś. O biedzie się nie mówiło, biedę było widać.
Dziadek wynajął dwie izby dopiero co wykończone. Pierwszymi mieszkańcami domu byli Anna i Władysław Jaśniowscy – miejscowi nauczyciele. Duża izba zwana „wielką chałupą” miała ca. 30 m² i cztery duże okna, mała izba „zwana chałupką” była równie widna z dwoma oknami. Obie izby zajmowali państwo Jaśniowscy. Dziadek z 7 osobową rodziną, zamieszkał w niewielkiej kuchni. Na noc, na podłodze rozkładano worki ze słomą. Latem część rodziny spała w stodole.
Pomimo ogromu pracy i starań Ferencowie ubożeli coraz bardziej.
Wraz z nastaniem okupacji, dom zaludnił się jeszcze bardziej. Nauczyciele, mieszkali już w pokoiku przy starej szkole. U dziadków pojawili się przesiedleńcy: ze Źrebiec, ludzie z warszawskiego, z poznańskiego. W „małej chałupce” partyzanci wykonali wyrok na przesiedleńcu o nazwisku Koperski – był podejrzany o współpracę z Niemcami (notatka w książce Dr Z. Klukowskiego „Pamiętnik z lat okupacji”). Tam też zmarła jedna z przesiedlonych kobiet, pani Łyskawka. Niemcy, cały czas, byli zagrożeniem dla miejscowej ludności. W roku 1942 doszło do pacyfikacji wsi.
Dziadek był więźniem na Zamku w Lublinie. Jego syn Józef zginął na Majdanku, wraz z kilkoma innymi młodymi mieszkańcami Zaburza (wzmianka we wspomnieniach Pana Stanisława Zybały „Piekło na ziemi” Białystok 1975). Około roku 1943 „ wielką chałupę” zajęli Niemcy dla swojego dowództwa. Żołnierze chodzili po wsi i przynosili kury, a babcia z innymi kobietami gotowała rosół dla oficerów. Po kilku dniach Niemcy odeszli, wszyscy odetchnęli z ulgą. Tym razem we wsi nie wydarzyło się nic złego. Minęło kilkanaście miesięcy i wojna się skończyła.
Odjechali przesiedleńcy, a bieda pozostała. Dom zbudowany przez dziadka wciąż był pełen ludzi. W tym domu urodziło się pięcioro wnuków - to dzieci córki Janiny. W kilka lat po śmierci ojca, syn Henryk wyjechał do Wałbrzycha. Miał dwoje dzieci.
Na przednówku w wielu domach dawał się odczuć brak mąki. Najtrudniej było po latach nieurodzaju. W naszym domu każdego roku gościła bieda, nawet po dobrych zbiorach, bo zboże nocą znikało z komory. Ojciec tym zbożem spłacał alkoholowe długi. U sąsiadów mających troje dzieci i gospodarujących na niewielkim skrawku pola, też bywało ciężko. Odkąd sama prowadzę dom i sięgam po mąkę, zawsze pojawia się obraz sąsiadki - młodej kobiety w zniszczonych gumowych butach, z sitem wyłożonym gazetą, idącej od domu, do domu, i proszącej o pożyczenie kilka garści mąki.
Jeszcze wiele lat po wojnie rolnicy nie mieli ubezpieczenia zdrowotnego. Pobyt w szpitalu był kosztowny, a dochody w niewielkich gospodarstwach małe. Pobyt na Zamku odbił się na zdrowiu dziadka, a brak pieniędzy na leczenie sprawił, że do szpitala trafił zbyt późno. Lekarze z pobliskiego miasteczka nie mogli już mu pomóc. Później leczył się w Warszawie i tam zmarł w 1955 roku. Rok 1954
Z siedmiorga wnuków tylko siostra, ja i brat urodziliśmy się jeszcze za życia dziadka. Byłam zbyt mała by go pamiętać ale pamiętam dzień, gdy kobieta chodząca po prośbie, przyniosła telegram zawiadamiający o jego śmierci.
W lutym 2016 roku zapytałam moją 92-letnią mamę czy dziadek Tomasz był dobrym mężem i ojcem? Po chwili namysłu powiedziała – tak, był dobry.
Zastanawiam się, skąd dziadek czerpał siłę by po każdej pożodze zaczynać od nowa budowę siedliska. Uprawa roli na rozrzuconych poletkach wymagała wiele czasu i wysiłku, nie stać go było na zakup niezbędnych narzędzi czy maszyn.
Pytałam też mamę o inne rodzinne sprawy. Po chwili namysłu, mama w zakamarkach pamięci, odnalazła anegdotę świadczącą o tym, że dziadek był nie tylko pracowitym, mądrym ale też honorowym człowiekiem.
W latach trzydziestych w naszej wsi, brodę nosił tylko nauczyciel pan Jaśniowski i okoliczni Żydzi. Drugim brodaczem w Zaburzu został dziadek, który przegrał zakład z nauczycielem. Po przegranej dziadek zapuścił brodę, którą nosił wiele miesięcy ku zgorszeniu rodziny i uciesze ogółu. Czego zakład dotyczył nie wiadomo. Dziadek był milkliwy, więc nic dziwnego, że nie opowiadał zbyt wiele. Milczał też nauczyciel, który zakład wygrał i nie musiał pozbyć się swojej bródki. Dziadek Tomasz ze spokojem znosił kpiny sąsiadów i milczenie rodziny, która przestała z nim rozmawiać, by w ten sposób zmusić go do zgolenia brody.
Dawniej dzieci wiejskie miały sporo obowiązków, wiele z nich pracowało ponad siły. Myślę, że my pracowaliśmy mniej od innych dzieci.
Ja w wolnym czasie, zwłaszcza gdy codzienność była zbyt szara i trudna, szukałam ukojenia na polu, w lesie.
Przesiadywałam na miedzach, chłonąc zapach ziemi i ziół. Każdego roku, przelot żurawi, wzbudzał u mnie niesamowite emocje. Lecącym w nieznane ptakom, powierzałam swoje tęsknoty i marzenia. Dużo czytałam. To książki rozbudziły u mnie ciekawość świata i ludzi. Pozwalały choć na krótko zapomnieć o smutnej codzienności.
Lata mijały, miejscowa szkoła stała się za ciasna. „Wielką chałupę" wynajęto na salę lekcyjną. Na przerwach wrzało. Śmiech i gwar dziecięcych głosów słychać było z daleka. I to były najpiękniejsze lata w dziejach tego domu.
Lelija i Naznaczona
Moje obie babki, nosiły imię – Katarzyna. Katarzyna z Sołtysów Ferenc i Katarzyna z Polaków Magdziarz. Ich córki nosiły imię – Maria. Obie babki mnie kochały. Tą pierwszą, nazywałam babcią, spędzałam z nią dużo czasu, bo to ona zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Zwracając się do drugiej, mówiłam – babko. Tak mówili dorośli i nawet nie wiedziałam, że można inaczej.
Ojciec po ślubie, wraz ze swoją matką zamieszkał u dziadków Ferenców. Trwało to krótko i odprawił matkę do domu córki, mieszkającej także w Zaburzu. Babka Katarzyna przychodziła, by popatrzeć na wnuki i ukochanego syna, który nie chciał jej widzieć i nie wpuszczał do domu. Traktowana z niezwykłym okrucieństwem nie zważając na trudności, ciągle próbowała zobaczyć dzieci i choć chwilę z nimi pobyć. Chcąc oszczędzić jej razów i wyzwisk, czuwałam przez wiele lat i widząc nadchodzącą babkę, wychodziłam jej naprzeciw. Prosiłam, by nie wchodziła do domu. Kochałam ojca, który nigdy mnie nie uderzył, ale nie umiałam pogodzić się z krzywdą, której doświadczała babka. Podobnie traktował naszą matkę Janinę, bijąc i upokarzając ją przez długie lata. Uczucie bezsilności narastało, czułam się winna i słaba. Uderzałam w siebie, uciekając w ból, który już stale mi towarzyszył.
Lelija (tak nazywali ją wszyscy) to moja babka Katarzyna z Polaków - jak nikt inny znała Zaburze i mieszkańców wsi. Znała każdą ścieżkę, skróty, sady, dróżki i drogi w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Znała wszystkie łańcuchowe i bezpańskie psy. Pamiętała, których unikać, bo nieraz ze swoich wędrówek wracała z poszarpaną spódnicą. Żaden odpust, nawet w odległej parafii, nie mógł się odbyć bez jej udziału. Widywano ją wśród żebraków, zapewne żebrała też po domach. Znikała z domu na całe tygodnie. Pieszo pokonywała olbrzymie przestrzenie. Stąd ta znajomość terenu i ludzi.
Babka Katarzyna przyszła na świat w 1885 roku, w Chłopkowie, w rodzinie bogatego chłopa. Miała liczne rodzeństwo. Wydano ją do Zaburza. Jej małżonek był zamożny, niestety krótko. Ktoś z jego rodziny, zaciągnął ogromny kredyt i dziadek Jan, będąc poręczycielem musiał ten kredyt spłacić w całości. Tamta rodzina była niewypłacalna. Obiecanego posagu, babka Katarzyna nigdy nie otrzymała. Urazę i żal do rodziców, babka Katarzyna nosiła latami. Ze związku z dziadkiem Janem, urodziło się troje dzieci. Obaj starsi synowie zmarli. Jeden w wieku 16 lat, drugi - 15 lat. Był to ogromny cios dla matki i rodziny. Pozostała najmłodsza córka Maria, o śniadej cerze, kruczoczarnych włosach, wysoka i smukła. Taką sylwetkę zachowała do późnej starości.
Rozpętała się zawierucha wojenna. Mąż Katarzyny został zmobilizowany. W okolicy toczyły się walki, przemieszczały wojska rozbiorców. Stacjonowali żołnierze. Jednego z nich Katarzyna poznała w Gorajcu. Nigdy się do tej zakazanej miłości nie przyznała. W roku 1916 powiła syna Stanisława – był to mój ojciec. Babka Katarzyna darzyła syna bezgraniczną miłością. Był dorodny, niebieskooki z burzą jasnych loków. Ludzie powiadali, że był niezwykle podobny do żołnierza, któremu sąsiedzi dokładnie się przyjrzeli, gdy odwiedzał potajemnie babkę, podczas nieobecności małżonka. Babka twierdziła, że odwiedzała męża w jednostce i Stanisław jest jego dzieckiem. Kiedy dziadek Jan wrócił do domu, jej życie musiało być piekłem, skoro przed śmiercią prosiła, by pochowano ją w innej części cmentarza. Nie chciała spocząć obok męża.
Płynęły lata. Katarzyna nie umiała się odnaleźć. Oprócz ran po stracie synów i nieszczęśliwej miłości, pozostała plama, której wieś ani rodzina jej nie wybaczyła. Syna nazywano „Sapiorkiem”, ale najczęściej „Germanem”. Dzieci z nieprawego łoża były napiętnowane. Odbiło się to na późniejszych relacjach między synem a matką.
Od najmłodszych lat, pamiętam babkę błąkającą się po okolicy w poszukiwaniu czegoś, co utraciła bezpowrotnie. Wyśmiewana, nieakceptowana przez rodzinę i otoczenie. Pomimo tych wędrówek, sypiania w stajniach i stodołach była zawsze schludna.
W jej wyglądzie było coś (nazwałabym to rodzajem dostojeństwa), czego nigdy nie zaobserwowałam u innych wiejskich staruszek.
Jej twarz wciąż nosiła ślady dawnej urody. Gładko zaczesane włosy z warkoczem spiętym w koczek nisko z tyłu głowy. Lniana koszula, perkalowa ciemna bluzka i długa czarna, marszczona spódnica. Na szyi dwa sznurki czerwonych korali, jeden z medalikiem i wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Prawdziwe korale, nie szklane paciorki. Przez ramię, przewieszona duża lniana płachta, ujęta w supeł na piersiach i zawiązana w pasie. Chroniła nie tylko przed deszczem i chłodem, ale była też pojemnym schowkiem, w którym babka skrzętnie skrywała skarby gromadzone w czasie wędrówek. Zawsze nosiła różaniec i książeczkę do nabożeństwa. Umiała tylko czytać. Jej przybycie, budziło moją radość ale jeszcze większy niepokój. Bałam się reakcji ojca. Pytałam - Babko, babko co dla mnie macie? Mrużyła swoje smutne oczy, ciepły uśmiech pojawiał się na jej twarzy i patrzyła tak głęboko i serdecznie. Czułam jej miłość. Niezmiennie pytała o Stasia, i czy wszyscy zdrowi. Staś - tak zawsze nazywała syna. Równocześnie ze zwojów płachty wydobywała: dorodne jabłko, cukierek, czasem trzy. Zdarzała się drożdżowa bułeczka lub 50 groszy.
W ostatnich latach życia mojej babki wędrówki, żebranie i drobne kradzieże były wpisane w codzienność.
W naszym domu, używano łyżek aluminiowych. Szybko traciły kształt, czerniały, pojawiły się ubytki. Pewnego dnia na stole pojawiła się jedna, zupełnie inna łyżka. Metalowa, ciężka i lśniąca. Dla wszystkich było oczywiste skąd się wzięła, a mimo to, każdy z nas chętnie po nią sięgał, ale tylko wtedy gdy ojca nie było przy posiłku. Matki do domu nie wpuszczał, a mimo to tylko tę łyżkę używał. Do domu wracał często mocno podpity, od progu wołał: „coś bym zjadł”. Był to zawsze pretekst do awantury. Posiłek miał być sycący i smaczny, tylko najczęściej nie było z czego go przygotować. Kiedyś przy talerzu zobaczył starą aluminiową łyżkę i purpurowy ze złości krzyczał: „gdzie ta dobra łyżka?” a aluminiową z rozmachem rzucił pod piec. To określenie „dobra łyżka” mocno tkwi w mojej pamięci.
Pewnego dnia pomagałam mamie w pracach polowych. Nieurodzajne, źle uprawione pole, położone na stromym stoku, rodziło dorodne chwasty, rosnących tam kartofli trzeba było szukać. Pomimo nocy wciąż walczyłyśmy z tym zielskiem. Zza chmur czasami wyglądał księżyc i jak gdyby ironicznie pytał: Czego wy tu jeszcze szukacie?
Ze wzgórza zeszłyśmy na drogę biegnącą wąwozem. Gliniaste podłoże, wyboje i kamienie wypłukane przez wodę, czyniły ją nawet za dnia trudną do przebycia.
Piesi korzystali z wąskiej ścieżki, prowadzącej wzdłuż drogi. Uskoki terenu i ciemność sprawiły, że z trudem pokonałyśmy te kilkaset metrów z Dolin do Połaci. Następny odcinek to w miarę równa droga. Głębokie koleiny wyżłobione przez wozy, wypełnione były prochem (tak nazywaliśmy kurz). Zmieszany z odchodami zwierząt drażnił nozdrza, oklejał nogi, które w nim grzęzły aż do łydek.
W pobliżu Kolonii, było łagodnie wznoszące się wzgórze i po jednej stronie droga prowadząca na Górę, z drugiej strony stroma skarpa, za nią łagodnie opadający pasek pola i bagniste łąki ciągnące się aż do Latyczyna. Z łąk dobiegał śpiew – to żabi chór mącił ciszę. Zapach bagna i wilgoć spływały ze skarpy, pokrytej bogactwem różnorodnych ziół i chwastów. Stopy w ciepłym, nagrzanym w upalny dzień kurzu i twarz owiana wilgocią nocy. Jeszcze w niektórych oknach migotał blady płomyk naftowych lamp. Szłyśmy w milczeniu. Od pewnego czasu dochodziły do nas dziwne odgłosy. Nasilały się i cichły. W miarę zbliżania się, można było rozpoznać tubalny męski głos i niepokojące, jękliwe kwilenie.
Okazało się, że to Morciś, kudłaty chłop z Przymiarek, zastał moją babkę na próbie kradzieży płótna, bielonego na łące.
Prowadził ją do domu córki, przez całą drogą okładając kuksańcami, a przy domostwach, gdzie jeszcze nie spano, donośnym głosem obwieszczał, że czyn którego dopuściła się Lelija to przestępstwo. Morciś był szerzej znany z paskudnego wyglądu i tępoty, dlatego też schodzono mu z drogi. Skryte mrokiem nocy, w milczeniu minęłyśmy tych dwoje.
Letni dzień, ojciec szykuje drabiniasty wóz. Ruszamy dość ostro i szybko dojeżdżamy do zbiegu dwóch dróg. Zdziwiona patrzę na ojcieca, który gwałtownie się podrywa i staje na szeroko rozstawionych nogach by utrzymać równowagę. Na jego twarzy pojawia się dziwny grymas. I wtedy dostrzegam moją babkę. Nie widziałam jej od dłuższego czasu. Jak zwykle przysłania ręką oczy, chcąc rozpoznać, kto nadjeżdża. Nagle świst bata i krwawa pręga na jej twarzy. Skurczona sylwetka i ledwo słyszalny głos – Stasiu, za co Stasiu ? To pytanie, słyszę dziś jeszcze i pochylam się jak ona wtedy.
Opisałam najmniej drastyczne sytuacje, o innych wspominać nie chcę. 1947 - Starsza siostra z rodzicami
Był rok 1950 ubiegłego wieku. Czas żniw. W obejściu biegało i szczebiotało płowowłose, urodziwe dziewczątko. Moje przyjście na świat nie wywołało niczyjej radości. Druga córka i jeszcze z wyraźną wadą stopy. Dopust Boży. Jak na ironię dano mi imię Regina. Nie pamiętam korony, zapewne zgubiłam ją bardzo wcześnie. Noga dotkliwie bolała, zwłaszcza w czasie biegania. Rosłam nieświadoma mojej inności, aż do momentu, gdy na wiejskiej drodze, dzieciaki z sąsiednich domów, rozgrywały zacięty pojedynek w „dwa ognie". Byłam młodsza od innych graczy. Wypuściłam z rąk piłkę i wtedy usłyszałam, pogardliwe, syczące „Kulasss”. Rozległ się głośny śmiech całej gromady i wszystkie oczy skierowały się na mnie. Zrozumiałam. Mój żal wypłakałam w zapaskę babki - Katarzyny Ozimkowej. Była to osoba o niezwykłym sercu. Bezgranicznie oddana dzieciom, a później wnukom.
Chodziłam z pochyloną głową by nie widzieć jak chłopcy naśladują mój sposób chodzenia. Odchylali prawą stopę na zewnątrz i lekko utykając towarzyszyli mi kilka metrów, bawili się wybornie. Mijałam ich szybko jak tylko było to możliwe, ale ich śmiech ścigał mnie jeszcze długo. Unikałam patrzenia na twarze dzieciaków i dorosłych. Panicznie bałam się docinków i drwin. Byłam zagubiona i bezradna.
Pierwszy rok szkolny (1957) rozpoczęłam już świadoma jak boli przezwisko i drwina. Myślałam o sobie. Nie sądziłam, że zaistnieją jeszcze inne sytuacje.
Budynek szkolny stał na niewielkim wzniesieniu tuż przy drodze. Często w czasie przerw na placu szkolnym, starsi chłopcy zabawiali się rzucając kamykami. Dalekie rzuty wywoływały okrzyki radości. Któregoś dnia, w trakcie zabawy nagle ucichli, a potem nastąpił wybuch śmiechu i dzikie wrzaski: Lelija, Lelija idzie.
Spojrzałam na drogę. Moja babka przystanęła, przysłoniła ręką oczy i w gromadzie dzieci, wypatrywała swoich wnuczek. Niespodziewanie w jej kierunku posypały się ogryzki i kamyki. Rzuty były celne. Usłyszałam jęk i zobaczyłam jej pochylone plecy, jakby ugięły się pod ogromnym ciężarem.
Pobiegłam za budynek szkolny, by nic nie widzieć i nie słyszeć. Bolało, jak gdyby to mnie ugodzono. Uciekałam jeszcze wiele razy. Jej ból odczuwałam coraz częściej i coraz silniej. Niewyciszony wciąż narastał. Połączyła nas jakaś niewidzialna nić.
Pewnego dnia moja babka niespodziewanie zdjęła z szyi korale, te bez medalika. Podała mi bez słowa, popatrzyła ze smutnym uśmiechem, przytuliła i pocałowała. Intuicyjnie wyczułam, że to wielki dar. Ten dzień, zapowiadał się tak dobrze. Byłam taka przejęta i radosna. Korale, moje korale, koleżanki takich nie mają. Wprawdzie nie były mi zbyt przychylne, ale w tym dniu mogłam się z nimi bawić. W chwilę po spotkaniu, ruszyły w stronę sąsiednich zabudowań, wybierając drogę przez posesję sąsiadów. Miały umówione miejsce. By nie stracić ich z oczu szybko pobiegłam za nimi nie dostrzegając nisko zwisającej gałęzi. Poczułam na twarzy piekący ból i na złamanej gałęzi zawisła nitka, a korale rozprysły się i zniknęły w wysokiej trawie i stercie drewna na opał. Usiłowałam je zebrać. Znalazłam tylko kilka, trzymałam je w zaciśniętej dłoni, bezradnie rozglądając się w koło. Straciłam korale i koleżanek też nie było. Pamiętam to miejsce i ten dzień jakby to się wczoraj wydarzyło.
1965 - ostatni rok mojego pobytu w domu rodzinnym. Droczę się z moją 4–letnią siostrą. Nagle ta wybucha płaczem. Widzę nadchodzącego ojca, znam ten grymas twarzy. Pochyla się nad najmłodszą i mówi: powiedz, co ci ta „naznaczona” zrobiła?
Mam świadomość, że te wspomnienia mogą być nieczytelne i nieciekawe dla młodych, nie ma już dawnej wsi, odeszli starsi mieszkańcy.
Pozostała wciąż jeszcze - NIETOLERANCJA
Bez powrotów w przeszłość - przyszłość uboga, nieciekawa będzie.
Modlitwa z kościoła w Nowosybirsku
Skoro starałem się zrozumieć głos wiatru i tchnienie, które mnie stworzyło, wysłuchaj mnie. Przychodzę do Ciebie jako jeden z Twych licznych synów.
Jestem omylny i mały; potrzeba mi Twojej mądrości i Twojej siły.
Pozwól mi przechadzać się pośród Twego piękna i spraw,
aby moje oczy dostrzegały zawsze czerwień i purpurę zmierzchu.
Aby moje dłonie z szacunkiem dotykały rzeczy stworzonych przez Ciebie
i aby moje uszy potrafiły usłyszeć Twój głos.
Uczyń ze mnie mędrca, abym mógł przyjąć to, czego nauczyłeś mój lud,
i pojąć lekcje ukryte w każdym liściu i każdej skale.
Proszę Cię o siłę i mądrość nie po to, aby wywyższać się pośród mych sióstr i braci,
lecz abym mógł zwyciężyć mego największego wroga – siebie samego.
Wtedy duch mój powróci Do Ciebie bez winy.
Nie znam równie pięknej modlitwy. Znalazłam ją w „Zwierciadle” z 2007 r. wśród przypowieści zebranych przez Paulo Coelho.
Kądziel i miecz
Myśl kołacze, struny bólu trąca, co przysnąć nie może.
Już czas...
W jarach Roztocza, Syzyfowi głaz rzucę, on mu przeznaczony.
Garniec złych spojrzeń tam też zostawię i słów krytyki zwoje...
Rozum z sercem, dysputę wiodły, czy pokazać rodzinę w kiru barwach?
- zamysł to szalony...
Wykrzyczeć mi chcecie, że od czci i wiary!
-Tak, wiem. Wylałam goryczy nadmiary...
Wspomnienia...
Choć ich osnowy, pojąć nie możecie – ja piszę.
Wolno mi przecież.
Piołunu posmak, lecz ja przy tym stoję...
Nie w smak Wam...
Wara! To moje.<