Bezdroża
Wędrowała
...
Z
duszą na strzępy porwaną,
jak
koszula czasu,
którą nosił, po wieków bezdrożach.
Powracała
...
Z
opuszczoną głową,
jak
ktoś, kto wie,
że
nikt na nią nie czeka.
Kochała...
Siłą
niepojętą:
Dniem
– co złotą kulę słońca toczył
i
nocą – pełną piorunów i błysków.
Zatrwożona
pytała:
Czy
to moja droga ?
Czy
mnie przeznaczona ?
Żyć - Cierpieć- Kochać
Tu i tam
W nocy czerni, gdy ziemię okrył cień ponury,
Na rozstaju dróg, pojawił się strach.
I choć szalał wiatr, słota szlochała ...
On trwał.
Szarpał, kąsał, rany jątrzył.
Duszy szloch wyrywał ...
Odgonić bym go rada , lecz siły nie stało,
doświadczeń wspólnotą on ze mną związany.
Błądzę w labiryncie zdarzeń,
po którym myśli przelatują,
płosząc mary senne, szarą mgłą owiane.
Słota, choć ponura, krople życia rosi,
budzi świt z zorzy rumieńcem i słońca promykiem,
wstęgi drogi snuje.
Pragnę cofnąć czas... ale nie ma takiej mocy.
Ogrzać zaszronione pola i starganą więzi nić zaplątać.
Z krainy snu wyruszę.
Stanę na skraju wsi, gdzie cmentarne wrota.
Pochylę głowę nad mogiłą cichą.
O przebaczenie poproszę...
Z podniesioną głową będę szła, tam –
gdzie na rozległej świata przestrzeni,
rozsiadła się ma wieś rodzinna.
Wzrokiem ogarnę i zabiorę to,
co najdroższe:
Starą chatę, matki spojrzenie,
pola i lasy zielone,
pagórki i miedze z ziół aromatem.
Zabiorę kwiatów naręcze i zboża kłos,
ptaki i świerszcza granie.
A gdy tęsknota zapyta – gdzie twoje miejsce ?
To jej odpowiem – tu i tam,
gdzie myśl moja błądzi.
Zjawa i ja
Wiara i nadzieja - czym są, ludzki umysł zgłębić nie zdoła.
Wiara i nadzieja różne ma oblicza.
Krzyże, figury, kapliczki wrosły w krajobraz polskiej ziemi.
Stoją na szczytach gór, w dolinach cichych, na dróg rozstajach, polach i w lasach.
Te nowe zdobią girlandy kwiatów. Te stare patyna pokryła.
Stoją w welonie pajęczyn, oplecione krzewem głogu.
Dzisiaj, już nikt nie pamięta z czyjego zamysłu powstały.
Pokutnych czy dziękczynnych modlitw słuchały.
Budzą moją ciekawość, a wyobraźnia obrazy maluje.
Niezwykłej urody dziewczyna, ze złotym warkoczem,
przy kapliczce klęczała
Prosiła o powrót Jaśka, który z carską branką poszedł.
Na skraju wsi, pod figurą, przystanęła staruszka mocno zatroskana.
Garnuszek i miejsce na zapiecku zachować by chciała.
Oczy ku niebu wznosiła, lecz prosić nie śmiała.
Z pierworodnym na ręku, niewiasta stała.
Do Maryi dziękczynne modlitwy szeptała.
Odkąd syna powiła, świekra łaskawszym okiem
na nią spozierała.
W wytartej sukmanie, był tam też chłop młody.
Spracowane dłonie znakiem krzyża wznosił.
Czas upływał, on trwał - nie wiem o co prosił.
Przy krzyżu pod lasem, partyzant zanosił błaganie,
"Rychłe zwycięstwo racz nam zesłać Panie..."
Świt płoszy sen, obrazy rozmywa,
Dojrzałam tylko tamtą dziewczynę,
Staruszką już była.
Srebro w warkocz wplecione,
Twarz jej poszarzała.
Nie zliczę lat – gdy ona z nadzieją czekała.
Kiedy cierpimy, szukamy Boga, patrzymy do góry.
Ma zjawa zniknęła – były tylko chmury.
Zauroczenie
Między tchnieniem świtu, zachodu purpurą
jawisz się odsłon bogactwem.
Kraino - mych marzeń i snów.
Widzę cię w burzy gromie,
błądzącym wśród wąwozów i polnych kamieni.
Widzę cię z promykiem słońca, w pszennych pasmach pól
i w koralach rosy o brzasku dnia, spowitą szalem mgieł.
Widzę cię w ulotnej sprzeczce trąconych wiatrem ziół
i w tęczy kwiecistych łąk, ze wstążką wody, wśród aksamitnej ciszy.
Widzę cię w welonie babiego lata i przy księżycu,
wplątanym we włosy pożółkłych traw.
Widzę cię w szarym płaszczu jesiennej słoty
i w białej sukni, srebrem przepasanej.
Widzę cię z chatami okrytymi zamieci żywiołem.
Kraino - mych marzeń i snów.
Stoją żołnierze na Ojców polach
Drogi Przyjacielu zza wielkiej wody.
Sąsiedzie zza miedzy.
Gdybyście mogli poświęcić mi chwilę...
Pragnę Wam opowiedzieć o pięknej Krainie.
Szukamy Cudów Świata, po szerokim Globie,
one są tutaj, w Polsce, wyobraźcie sobie.
Jest miejsce, gdzie słońce wstaje i na południe zerka.
Zamość tam zbudowano.
Że klejnot to, wśród miast świata – mało powiedziane.
Hetmańskim rodem i walką o wolność,
w historię - to miasto wpisane.
Szczebrzeszyn, z nazwy słynie.
Gdy ją wymawiać będziecie,
usłyszycie szelest trzcin, którymi wiatr trzepocze.
Miasteczko urokliwe. Czas tu wolno płynie.
Nie ma zgiełku, pośpiechu.
Może tego spokoju, właśnie Wam potrzeba,
by posłuchać ptaków śpiewu i spojrzeć na drzewa.
Przez Szperówkę do Zaburza droga wiedzie.
Wieś - wśród wzgórz i lasów, w dolinie leży.
Po lewej w głębi Latyczyn.
A z przodu zaburskich łąk, zielone kobierce.
Jeżeli, to będzie wiosny tchnienie,
Zobaczycie coś, czego zapomnieć nie sposób,
- złote przestrzenie.
To kaczeńce brodzą w wody rozlewiskach,
a słońce, promykami jej taflę muska.
Szara wstążka rzeki, wśród łąk się skryła.
Przydrożny krzyż pozdrawia tych co tu przystanęli.
A gdy usłyszycie czajki wołanie, rozejrzyjcie się wokół.
Piękno tego miejsca w pamięci zostanie.
Z prawej nadpłyną dźwięki dzwonów,
lipskiego kościoła.
Głosi chwałę rodu Zamojskich,
i wiernych na modlitwę woła.
Po lewej, nieco dalej, na wysokim wzgórzu,
inny dzwon opowieść snuje o braciach zakonnych,
którzy piękną kartę w dziejach tej ziemi zapisali.
Ten klasztor, to kultury i wolności ostoja.
Jestem dumna, że pochodzę z tej to okolicy.
Bo piękna to Kraina, i w sercu pozostała.
To wciąż moja Ojczyzna mała.
Latem na stokach zaburskich wzgórz,
stoją pszenni żołnierze, dziesiątkami w szeregu.
To najpiękniejsza armia świata. Armia pokoju i dostatku.
Zapraszam – zobaczcie sami, widok to już rzadki.
I powiem szczerze - gdzie im do nich z terakoty chińscy żołnierze.
Niagary urok, przyćmią Tanwi Szumy.
Ukoją duszę - znajdziesz miejsce do zadumy.
Wapienne wąwozy także o spojrzenie proszą.
A może pokłonicie się góreckim dębom,
siła w nich, pod niebo się wznoszą.
I równie ciekawą historię, tego miejsca głoszą.
Ale to nie koniec, mocno wierzę, że w Zwierzyńcu,
na nocleg Was przygarną, podadzą wspaniałą wieczerzę.
Smaku i zapachu polskiego chleba, zapomnieć się nie da.
I może za lat wiele, gdzieś na krańcach świata,
Wasz wnuk swoim dzieciom powie,
– Znam przepiękną Krainę – Roztocze się zowie.
Wiatr
Z nad Łysej Góry, nadleciał wiatr:
zachichotał, zatrzepotał, na zagonie siadł.
Smukłe malwy kibić zgięły, głowy pochyliły...
rano były takie prężne, a teraz bez siły.
Potargana brzoza płacze, witki wokół ściele...
Dzwon, jękliwie się odezwał w pobliskim kościele.
Stary wiatrak, skrzydła zgubił, już zboża nie miele,
czy wytrzyma napór wiatru, tego jeszcze nie wie.
Wiatr na grzędzie przyczajony: dyszy, sapie, drga...
Gniewnym okiem łypnął w górę, nowy plan już ma.
Zawył, skoczył, poszybował...
Ścianą lasu zakołysał, liśćmi w chmury rzucił,
mocnym dębom nie poradził - w domostw wrota wrócił.
Dumne dachów czoła, złości biczem smagał.
Strugi wody rozkołysał, deszczem ściany bielił.
Gwizdał, szarpał - ptakom gniazda strącił.
Ludziom trwogę rzucił, spokój siedlisk zmącił.
Błyskiem gromu modły wskrzesił.
I ku niebu wznosił pokorne błaganie...
„Od piorunów i nawałnic, wybaw nas Panie”
„Święty Antoni módl się za nami.”

Nie pamiętam dokładnie, myślę, że było to przed ośmioma – dziesięcioma laty.
Zaburze bardzo się zmieniło, szukając dawnych, ulubionych miejsc chodziłam po polach, lasach i łąkach. Zatrwożył mnie ogrom odpadów. Ponieważ ksiądz wciąż cieszy się poważaniem i zasięg słowa z ambony jest spory, poprosiłam by przemówił do parafian w tej sprawie.
Usłyszałam – Nie mogę, ale może pani spróbuje. Zmieniali się księża, problem pozostał.
Ja zdobyłam się na odwagę. Wiersz – Latawce nad Sielską Doliną powstał we wrześniu 2013.
Latawce nad Sielską Doliną
Pod błękitnym niebem, latawce fruwają
radość dzieciom niosą, z góry spoglądają... na wieś,
która wśród wzgórz dumnie się rozsiadła.
Domy jak pałace, stoją w dostatku chwale,
jest też pies, który łeb podnosi z trudem, ospale.
Sierść zmierzwiona i już miejscami świeci naskórka łatami.
Łańcuch ma krótki, wody wcale...
Głodny płakał noc całą, a o świcie sił mu brakowało.
Zmęczone latawce, oddech złapać chciały,
gdzieś przycupnąć, odpocząć, lecz gdzie? – nie wiedziały.
Na wygonie kupa szkła i gruzu,
deszcz na to pada...
Zapytały – czyje to?
Wielu odpowiedziało – Nie wiem, zapewne sąsiada.
Latawce zawróciły i zmierzały ku zielonej łące,
ucieszyły się gdy wśród wysokich traw spostrzegły zające.
Zrozumiały pomyłkę widząc plastykowe potworki,
jak igrają i skaczą, zerkając na słońce.
Biedronki i Stokrotki - jeszcze niedawno fruwały z nimi wysoko,
teraz gdy opadły - smętne i dziurawe z pustymi wnętrzami,
Ziemianie - bądźcie pewni, że będą was straszyć całymi wiekami.
Pod lasem wrzawa. Wszystko co skrzydlate ucieka z gaju,
zażywszy kąpieli w cuchnącym ruczaju.
Mieszkańcy Kolonii okna śpiesznie zamykają,
od strony lasu, fala smrodu leci,
kto gnojówkę wylał – wiedzą nawet dzieci.
Nieopodal... w ziemi zagrzebane, eternity dachów smutne wyzierają.
Jeden mruczy – Smuga dymu leci – znowu palą śmieci.
Drugi szemrze – W cembrowanej studni, potok ścieków dudni...
Przed sklepem ludzi gromada ( neutralne miejsce, więc spytać wypada )
Rzekł latawiec: Cóż pozostawicie potomnym jak to jest w zwyczaju ?
Wy tu sielsko żyjecie ! Jak w raju.
Odparł jeden – Potomni ?... Nie znam. I znać nie chcę.
Taka moja wola...
Latawcu, czego ty tu szukasz ? Znikaj! – skończona twa rola.
Pieniacz ten - wzrostu był słusznego, brzuch u niego „piwny”,
zaś lico rumiane – lecz to nie wstydu łuna.
Gniewnie warknął – Latawcu, idźże do pioruna.
We wsi, nikt mu nie podskoczy...oponenci milkną, odwracają oczy.
W piątek był w urzędzie... I wieść gminna niesie, zrobił tam wrażenie,
ma czym – sami wiecie.
W niedzielę - przed ołtarzem, obłudnie kark schylił,
na tacę banknot rzucił – toć on Pan nad Pany...
Głodny pies wyje – psia mać – nie wychowany...
Niszczenie środowiska, głodne zwierzęta – prawda to jest znana...
nie obchodzi to Pana, Wójta ni Plebana.
Wszyscy oni – śpieszą się i pędzą, po drogach jak po wstęgach.
W swoich blaszanych pudełkach, wożą kamienne twarze – kamienne serca.
Białe skrzydła
Miałam swoją gwiazdę na wysokim niebie,
Promień słońca jasny, wyłącznie dla siebie.
Chłodna kropla rosy, moja także była,
Na miłość czekałam – ale się spóźniła.
Trwałam między ziemią a nieba błękitem,
Zagubiona, strwożona: nicością, niebytem.
Wiatr unosił strzępy wołania niemego,
Kruszył wolę życia, choć była nie jego.
Nici smutku targał, pokorę nakazał,
Wokół się panoszył i siłą porażał.
Dźwigałam bagaż doświadczeń, celu nieświadoma,
Z duszą pełną lęku – smutna, niespełniona.
Przybyłam nad brzeg nieznany,
W wodę spoglądałam,
Zarys pustych oczu, bladą twarz widziałam.
Polubiłam toń cichą z pięknymi kręgami,
Koiła me tęsknoty, chroniła skrzydłami.
Wirowały płatki, bogactwo bieli ...
To czeremcha, kwieciem mnie okryła...
Odurzyła zapachem, ciało zniewoliła.
Odpłynęła smutku fala. Okrzepłam, dojrzałam.
Dostrzegłam nieznane przestrzenie.
To, co miłością zwałam – to było złudzenie.
Dar Niebios, Pan zesłał . Nowe życie, i znów drugie.
Te iskierki małe – moje spojrzenie na świat zmieniły.
Radość w dom wniosły, ciemność rozjaśniły.
Nauczyłam się cieszyć - rzeczami małymi,
Żyć chwilą - która jest nam dana.
Kocham ... I jestem kochana.
Pod tamtym niebem
Pojawiłeś się w moim życiu,
jak promień słońca, na pochmurnym niebie.
I pomalowałeś mój świat barwami wiosny.
Radosna i lekka, wstęgę tęczy chwytać chciałam.
Szczęściem upojona płynęłam:
nad lasem i łąką kwiecistą, błękity obłoków muskałam.
Wałbrzych tętnił życiem,
dobiegał odgłos miasta
i perlisty dziecka śmiech.
Ty i ja. Ciepło rąk.
Czułe szepty, dotyk ust nieśmiały.
Trwaj chwilo szczęśliwa.
Darz dniem owocnym
i nocą co snów pięknych kosz zbiera.
Myśl, która nie zna kresu i za sercem płynie,
z czaru doznań i marzeń, biały welon tkała.
Na Mlecznej Drodze rydwany z weselnymi gośćmi
wielokroć widziałam...
Niespodziewanie ponury cień,
rozrzucił ciemną pajęczynę.
Zniknął słońca promień.
Odszedłeś tak nagle.
Nie mogłam nawet powiedzieć - jak brak mi ciebie.
Tak trudno zapomnieć.
Przemierzałam puste ulice Świebodzic.
W zaułkach małego miasteczka,
serca mego bicie, ciszę mąciło.
Samotności smak.
Dworcowy zegar, odmierzał pusty czas.
Odjeżdżały pociągi, żaden nie zabrał mojego bagażu.
Stukot kół i deszcz, który na szybie,
malował i rozmywał zarys twojej twarzy,
jeszcze wierzyłam, że wrócisz
i coś dobrego się wydarzy.
Mijały dni, tygodnie... i lata.
Było mało łez i dużo tęsknoty.
Czas ran nie goił.
Intrygował i goryczą poił.
Dzień jak co dzień
Szósta. Tupot nóg.
Wyje fabryczny smok.
W rozwartej paszczy zniknął tłum.
Zgięte grzbiety, wytężony wzrok.
Volty, ampery, kabli zwój.
Czternasta – znów wyje.
Wypluł miazgę zbitą...
Nagle hasło: „W rynku cukier rzucili”
Tupot nóg, pędzi tłum.
Za nim niespieszni.
U nich dziadek „przyszywany”,
Babka „stójka”,
Matka w sile wieku.
Spoglądają na ciżbę.
Tam zgiełk, las wyciągniętych rąk.
Kwili niemowlę, staruszki jęk.
Na szyi cuchnący oddech sąsiada...
Za ladą puszysta króluje.
Na twarzy grymas, pogardliwy wzrok.
Ostatni kilogram – fala napiera...
Hołota. Rozejść się!
Jutro nowa dostawa.
A w domu, od progu dzieci pytający wzrok.
Mamuś co dzisiaj kupiłaś?
Dzisiaj, tylko syrop na kaszel.
Bezradność. Ferment myślowy.
Jak ogarnąć codzienność?
Biorę odpowiedzialność za barwy życia.
Spoglądam na słońca zachód, robię krok...
Odbicie...
I przez Odrę karkołomny skok.